O nas
Nowe
Felietony
Artykuły
Kurier Święt.
Kronika 2018
Historia
Kalendarz
Galeria
Antyreklama
Kontakt
Polecamy
Forum
Archiwum
  

Sobaczyńskiego kronika sielska

Żadne konkretne miasto i wieś nie zasługują na antyreklamę, nawet tę niezawinioną. I jego władze, i upodobania ludzi, niczym szczególnym nie różnią się przecież w poszczególnych środowiskach. Bodzentyn, Suchedniów, Wąchock, Pawłów, Kielce, czy nawet stołeczna Warszawa waniajut podobnie… A więc moja kronika jest uniwersalna, bo punktuje absurdy wielu lokalnych środowisk, uśrednionych pod wspólnym szyldem Łysicowa. Jeżeli zauważycie Państwo podobieństwo do jakichkolwiek realnych miejscowości, osób i wydarzeń – będzie to wyłącznie zbieżność przypadkowa, choć oczywiście powinna zastanawiać …

Opowieść pierwsza:

Kariera gajowego z Wilczych Kątów

Lesie mój, lesie mój,

zielony mój lesie,

każdy parobecek

piórko z ciebie niesie.

Parobecek, którego opowieść ta dotyczy wyniósł z wilczego lasu nie tylko piórko, a cały krakowski pióropusz… No, może nie krakowski, a taki trochę przaśny…

A było to tak: Młody gajowy Bruzda w Wilczych Kątach, których mieszkańcy od wieków żyli z boru, podbierając runo leśne, zwierzynę, ale i drzewo na budowę , opał lub handel, wyszedł im naprzeciw. Pozwalał pozyskiwać dorodne jodły, byleby umiejętnie i za… dodatkową, nie zaksięgowaną opłatą… No, były jeszcze dodatkowe usługi w naturze, sięgające pewnej feudalnej tradycji :”przynależnej nocy” i „przywileju kompleksowej gościnności”, ale obyczajowa cenzura nie pozwala przytaczać tu szczegółów… Z czasem młody gajowy doszedł do słusznego wniosku, że nie można polegać tylko na chłopskiej dziesięcinie, że trzeba też spróbować samemu, zgodnie z duchem czasu wykazać osobistą kreatywność… No i zorganizował swój własny biznes. Wszedł w porozumienie z tartakiem w Kostowie . Ci nie przyjeżdżali już do lasu chłopskimi furmankami, ale samochodem ciężarowym. Tam, zorganizowana na prędce grupa uderzeniowa – pilarza Czerwińskiego, traktorzysty Krotochwila (obaj z czasem otrzymają znaczące publiczne przywileje) i paru innych, byli prekursorami znanej skądinąd współczesnej „antykornikowej gospodarki leśnej…” Do maskowania pni gajowy Bruzda miał osobną ekipę, która praktycznie na koniec każdego tygodnia (zwykle w niedzielę) paliła gałęzie i maskowała pnie po wywiezionym drzewie. Nad lasem, między Niedźwiedziowem, a Jaworowem każdej niedzieli unosił się charakterystyczny dym. Ktoś oczytany nazwał nawet ów las Mordorem… Nie wszystkie gałęzie i pnie udawało się spalić, prawie codziennie gajowy odwiedzał więc posterunek policji w Łysicowie, zgłaszając … kradzież drzew. Zgłoszenia po jakimś czasie wędrowały do kosza, a to „z powodu nie wykrycia sprawców”. W końcu jednak czyściciele lasu przesadzili i tuż przy uczęszczanym i dzierżawionym rządowi uroczysku wycieli okazałą jodłę, która miała ponoć przeszło 4 metry sześcienne tzw. masy. Nadleśniczy z Łysicowa zaczął tropić Bruzdę ale był bez szans… Leśny gang miał na usługach policjanta, który pilotował transport do tartaku i w odpowiednim czasie trzymał straż na moście w Łysicowie. Hulaszczy tryb życia gajowego i jego pomocników żyje w legendzie do dziś, a nawet … chodzi już do szkoły.

Przygoda z lasem trwała kilka lat, ale ambitny gajowy postanowił z czasem zostać … politykiem. Podwiązawszy się pod wiodąca partię Przedsiębiorczych Obywateli został … radnym powiatowym i zapisał się na … studia. Były to tylko tak zwane zaoczne komplety, które kończył każdy, kto miał za co je opłacać, ale dobre i takie. Gajowy miał pieniądze na opłacanie semestrów, kolega napisał pracę magisterską, no i bez trudu został inżynierem – magistrem i mógł awansować. Z tak poważnymi papierami w kieszeni mógł wreszcie wypłynąć. Tworzy stowarzyszenie, a pod jego szyldem rozprowadza potrzebującym żywność. Jako dobroczyńca odbije się z czasem na ważny wójtowski urząd w samym Łysicowie, a póki co.…

Cenniejsze rzeczy z darów szły do spiżarni leśniczego, sołtysa i spółki, a biedocie serwowano co pośledniejsze rzeczy, zwłaszcza jabłka, każąc jeszcze płacić, rzekomo „za transport”. Jakoż wspomniano, owocowy darczyńca awansuje wkrótce na „owocowego wójta gminy”. Wraz z wójtem awansowali na gminnych rajców kompanii z leśnego gangu… Ci od palenia gałęzi również zostali wynagrodzeni, rzecz jasna na swoją mizerną miarę… W dni parzyste sprzątali przy gminnych drogach, a w nieparzyste przy … budowie wójtowskiego domu. Współpracownik wójta, radny z Wilczych Kątów również społecznikuje. Wpadł oto na pomysł budowy ścieżki rowerowej miedzy swoją wioską, a sąsiednim Podłączem. Dostał od wójta ludzi i zaczął budowę „ścieżki”, ale tylko do swojego pola, przy którym miał zresztą osobiste wysypisko śmieci po dawnym sklepie. Po kilkutygodniowym sprzątaniu wysypiska i wycince blokujących powstającą ścieżkę drzew, o ścieżce rowerowej zapomniano.

W Wilczych Kątach mówią, że nosił wilk razy kilka, poniosą i wilka. Wilk jednak w niczym już nie przypomina prymitywnego drapieżnika z lasu. Wyszlachetniał, wyrzeźbił muskuły na siłowni, przypiłował kły i nauczył się „polityki klasycznej”, czyli tak wycinać przeciwników, żeby „krwie nie uronić”, a śladu nie zostawić. Jako w lesie przy wycince z pniami bywało… .

Radek Sobaczyński

powered by QuatroCMS