O nas
Nowe
Felietony
Artykuły
Z gminy
Historia
Kalendarz
Galeria
Antyreklama
Kontakt
Polecamy
Archiwum
Forum
  

Sobaczyńskiego kronika sielska

08.12.2010

Janusz Wojciechowski, były prezes NIK i szef PSL, a obecnie europoseł, wystąpił z hipotezą, że ostatnie wybory samorządowe na terenach wiejskich zostały sfałszowane. Punktem wyjścia owej hipotezy jest min. ogromna ilość (prawie 2 mln.) głosów nieważnych w wyborach do sejmików. Janusz Wojciechowski sugeruje, że w zarządzanych przez PSL gminach znaczna ilość głosów była albo „zepsuta” dodatkowym krzyżykiem, albo … podmieniona czystą kartą. Pan Wojciechowski jako były prezes PSL zna zapewne kondycję swojej partii i wie na co ją stać – w to nie wątpię. Z drugiej jednak strony wydaje się, że działacze PSL są nie tylko pazerni, ale i tchórzliwi. Owszem, nepotyzm, drobne szwindle – tak, ale spisek wyborczy – nie. Słyszałem gdzieś o paniach z komisji wyborczych, które oprzyrządowały sobie w materiał piszący … paznokcie. Nie wierzę jednak, aby proceder taki dał w skali kraju 2 mln. nieważnych głosów…

Sukces PSL ma jednak bardziej prozaiczne przyczyny. Tkwi on w rozbudowanej na prowincji strukturze (prawie jedynej) i zamożności. Zarówno przed wyborami jak też w ich trakcie alkohol lał się strumieniami. W tym roku podniesiono stawkę, serwując już mocne trunki (zdarzał się bimber i być może tzw. „tani spirytus”). Nie wiem, czy stawiała wyłącznie dotychczasowa władza, czy i ta potencjalna, ale wyglądało to na doskonale zorganizowaną robotę. No i kosztowną, co wykluczałoby jakichś pospolitych wyrobników…

Po owym „przygotowaniu artyleryjskim”(a raczej spirytusowym) w ruch poszła jazda. W dniu wyborów masowo zwożono leniwy (lub pijany) elektorat do urn wyborczych. I znowu, robiło to wielu, ale nikt nie mógł zdystansować w tej akcji PSL! Nie wyobrażam sobie, aby podwozić wyborców bez agitacji, ale powszechność takiego procederu nie daje żadnej ze stron moralnego prawa do protestu. Oto i przyczyny rekordowej w Świętokrzyskiem frekwencji wyborczej. Łatwo też wyliczyć liczbę owych „zgwałconych” wyborców. Wystarczy od frekwencji na świętokrzyskiej wsi odjąć frekwencję w Kielcach i otrzymamy potrzebne dane. Ten rodzaj elektoratu ma również problemy z pamięcią i rozeznaniem w wielości list, zwłaszcza tej największej do sejmiku. Dlatego instruowano go co do tych mniejszych list, pomijając tę największą… No i mamy powód tak wielu czystych kart.

Przeprowadzenie tak szeroko zakrojonej operacji nie wymagało szczególnych umiejętności logistycznych, wystarczyło zmobilizowane zaplecze organizacyjne. Przez 20 minionych lat tysiące ludzi w skali województwa otrzymało jakąś pracę (niekoniecznie urzędniczą, często zwykłej sprzątaczki), przez co umiejętnie wytworzono poczucie wdzięczności, ale i strachu (przyjdą „tamci” i zwolnią). Bogatszych uwiedziono wygranym przetargiem, ulgą podatkową lub przepchniętym projektem unijnym. W konsekwencji utkano sieć prawie pajęczą. Pamiętam rozmowę z jedną ze stażystek zatrudnionych w jednym z wiejskich urzędów gmin. „To mafia” – usłyszałem – i konwencjonalną bronią demokratyczną zniszczyć jej nie sposób”.

19.11.2010

Za godzinę rozpocznie się wyborcza cisza i już tylko butelki będą mogły agitować… Czas więc na podsumowanie kampanii pod Łysą Górą. Mój ostatni wpis znowu wywołał histerię. A jednak trafiają się kołtuni w tutejszej metropolii… Przede wszystkim jednak głupota. Zasmuca wódczany aspekt wyborów. Wczoraj pod miejscowym sklepem „stawiał” kandydat na radnego, u sąsiadów również. Rządzący tutaj od lat dwaj starzy samorządowi weterani – jeden miejski, drugi powiatowy – wydali prostą instrukcję: „nie interesują nas radni, gramy tylko o siebie”. No i polało się! Sytuacje ocenili więc jako „trudną”. Dzisiaj Komorowski w telewizyjnym orędziu stwierdził, że jest dumny z kondycji samorządów. O tak, wystarczy odwiedzić w tym dniu sklepy i knajpy… Samorząd kwitnie. Ale… jest też odrobina nadziei. Nawet pod sklepami czuć odruch buntu. Nie tyle przeciwko osobie (nikt nie zaręczy, że ewentualny następca nie zawiedzie), co wulgarnej bucie nie cofającej się przed jakąkolwiek podłością i kłamstwem dla obrony jakichś marnych przecież przywilejów. Łatwiej jednak zrozumieć Polskę pod Łysą Górą…

16.11.2010

Ludzie zagrożeni utratą władzy są w stanie przekroczyć niekiedy granicę śmieszności. Akurat dzisiaj propagandowe „spectrójki” od burmistrza Kraka kontrolowały te bodzentyńskie sklepy, które nie wystawiły portretów „wodza”. Prawdopodobnie kontrolowano tych kupców, którzy „coś” zawdzięczają władzy (np. umorzone podatki). Zresztą, skala oportretowania Bodzentyna przypomina Koreę Północną. Na rogach i skrzyżowania wiszą „Kraki” dużego formatu, na drzewach mniejsze portrety, na balkonach, latarniach i parkanach zobaczyć można poczwórnie sklonowane „Kraki” z betonowym spojrzeniem zawieszonym w próżni…

Ciekawe, że na przedwyborczych spotkaniach ciągle moja osoba służy jako tarcza strzelnicza, chociaż ani nie kandyduję, ani nie angażuje się w kampanię wyborczą… Na jednym ze spotkań przedwyborczych jakiś grzeczny chłopaczyna zarzucił mi ponoć, że rezygnując z kandydowania stchórzyłem… Zapatrzony w swojego pana jest widać przekonany, że od władzy można jedynie oderwać kogoś granatem zaczepnym… Inny heros, zmieniający orientacje polityczne w rytmie telewizyjnych wiadomości i odkapslowywanych butelek, wypomniał mi nazwanie mieszkańców ważnego grodu „kołtunami”. Słusznie wziął ów epitet do siebie i jemu podobnych, ale na szczęście to tylko część mieszkańców tego miasta…

Pani Marylka z rękami uniesionymi na trwogę przestrzega rodaków przed „wzdolakiem”, którego uczyła, a więc wie, że „to nic dobrego”. To akurat dobra rekomendacja… Sołtyska z Leśnej wraz z panem Heńkiem, który ma obiecane odrolnienie działek, mają już odciski od dziurawienia płotów i przestrzegają przed przesiensieniem stolicy gminy do Wzdołu. Dyrektorka szkoły z Woli Szczygiełkowej straszy rodziców swoich dzieci zamknięciem szkoły, a opiekunowie orkiestry dętej rozpędzeniem orkiestry. Słowem: potwór zbliża się! Ktoś, kto choćby pobieżnie poznał kontrkandydata Kraka, jak choćby niżej podpisany, zdaje sobie sprawę z absurdalności owych zarzutów. Wybitnie kompromisowy (choć bywa stanowczy) Jarosiński jest chyba ostatni, któremu można zarzucić rewolucyjność. A szkoda.

12.11.2010

Dzisiaj listonosz doniósł kolejną partię wyborczej makulatury. Najzabawniejszy jest niejaki Lubawski, który śladem Tuska wspiera swoich „bezpartyjnych” kandydatów sloganem: „wspierać ludzi, a nie partie”. Odwoływanie się do „ludu” jest zresztą powszechne. Oczywiście, paplając o „ludziach”, podobnie jak Tusk, Lubawski myśli zapewne o swoich ludziach… Nawet gdybym go nie znał, to ów populistyczny idiotyzm byłby wystarczającym powodem, aby zlekceważyć ugrupowania Lubawskiego i Tuska.

Gwiazdą tutejszej SLD jest Józef Bednarski, również „bezpartyjny” (odkąd w 1990 r. rozwiązali mu PZPR?). Wizualnie – krzyżówka Lenina i Trockiego, ideologicznie – klasyczny działacz na każdej niwie. No i jest również plakat mojego ulubieńca z ul. Cmentarnej. Gdyby nie filozoficznie nieobecny wzrok, pomyślałbyś: delikatna mutacja Nikity Chruszczowa…

Każdy człowiek jest piękny, śmieszne mogą być jedynie wirtualne pozy, jakie dla korzyści ludzie przyjmują… I o nich pisałem, nie o wyglądach…

Dużo ciekawsza jest jednak „mechanika” propagandowa. Burmistrz Krak już na wstępie osłabił swoje szanse, mobilizując przeciwników… Jako doskonale znany burmistrz - „kombatant”, powinien był grać na uśpienie elektoratu. Jego przeciwnik jest człowiekiem spokojnym, tzw. „nie kontrowersyjnym”, a więc mającym problemy z mobilizacją wyborców. Wystarczył spokój ze strony Kraka (mógł nawet nie wieszać swoich portretów), a przy słabej frekwencji wygrałby bezproblemowo (jak przed ośmiu laty). Tymczasem mający zbyt wiele do stracenia doradcy spanikowali… No i poszli, mobilizując tym przeciwników, których przez 16 lat uzbierało się trochę… Atmosfera jest zaraźliwa, i dzisiaj już bardzo wielu żyje wyborami, a to oznacza wstęp do klęski spanikowanej władzy…

10.11.2010

No i wystartowali! Z wysokości kilku metrów, z plakatu na ulicznej latarni przypomina mi o wyborach dotychczasowy burmistrz. Wydaje się błagać, aby go posiąść na piątą kadencję. Kusi przy tym widoczną w tle kwitnącą gorczycą… Tuż obok, na parkanie, Lucjan Pietrzyk z Platformy chwali się, że „wychował już wiele pokoleń”… No a teraz oczekuje zapłaty i prosi, aby kupić go na radnego… Jego szef – dr Świercz oznajmia, że „ma receptę dla województwa świętokrzyskiego”. Po latach rządzenia (tj. leczenia) deklaracja taka brzmi porażająco i podejrzanie (a może współpracuje z firmami farmaceutycznymi?). Poniżej emanuje spokojem pozujący na Buddę Jasiu Pałysiewicz od Lubawskiego. Dla równowagi wspiera go Dolek Kudliński w mundurze strzelca siczowego (a może Grom-owego?). Ludowców błogosławi koniczyną czołowy model tutejszego stronnictwa Adam Jarubas o urodzie ZMP – owca zrestrukturyzowanego na maklera. Rywal burmistrza Kraka – Jędrek Jarosiński przekonuje do siebie inteligentnym czołem i obietnicą zaludnienia gminy…. O, jest i niewiasta! Pani Małgorzata z ośrodka zdrowia wydaje się uzupełniać urodę pana Adama i zamierza chyba zainteresować swoją partią męską część elektoratu. Największy portret wykonał sobie wicemarszałek Wrzałka, eksponujący z Platformy sarmacką co prawda twarz, ale zgodnie z linią partii ociosaną po europejsku…

5.07.2010

Powrót syna marnotrawnego?

Burmistrz Marek Krak wyrósł z NSZZ „Solidarność”. Był bardzo zaangażowany w działalność komitetów obywatelskich po 1989 r., wspóodtwarzając również samorząd gminny w Bodzentynie w 1990 r. i później. Pracując w kieleckiej „Iskrze” miał również kontakty z Grzegorzem Banasiem z Porozumienia Centrum (późniejszy wojewoda i obecny senator, dzięki któremu zresztą w 2007 r. ocalił mandat). W 1993 r. zaangażował się w działalność naszej niezależnej lokalnej gazety – „Kuriera Świętokrzyskiego”. Byłem świadkiem jego aktywności i wspierałem go, namawiając np. w 1994 r. do ubiegania się o stanowisko wójta. Niestety, w przeddzień wyborów dla stanowiska wójta zdradził nas i wszedł w porozumienie z ludźmi, z których monopolem na życie gminy wcześniej walczył – z ZSL (młodszym przypominam, że była to przybudówka komunistów na wsi, przefarbowana później na PSL). Od tego momentu Bodzentynem rządził zielony duet Szczepańczyk – Krak. Wkrótce ten drugi stał się zresztą formalnie członkiem PSL. Nasze drogi rozeszły się, a nawet więcej – burmistrz Krak stał się najbardziej zajadłym przeciwnikiem „Solidarności” (do chwili obecnej nie mamy np. lokalu związkowego, a jeden z naszych członków Stanisław C. w rewanżu za start wyborczy z konkurencyjnej dla Kraka listy PIS zwolniony został przez niego z pracy, ścigał go później „listem gończym” w sąsiedniej gminie, prosząc swojego kolegę wójta o zwolnienie go z pracy w szkole na jego terenie, aż „ścigany” wyprowadził się wreszcie do Krakowa). W trakcie kolejnych wyborów burmistrz Krak skutecznie prosił o wsparcie lidera tutejszego SLD – emerytowanego oficera SB.

I oto dowiaduję się, że w przeddzień drugiej tury wyborów prezydenckich pan Krak złożył swoisty hołd Jarosławowi Kaczyńskiemu podczas jego wizyty w sąsiednim Górnie, wręczając mu … truskawki. Cóż, wypada się cieszyć z opamiętania i powrotu jeszcze jednego „marnotrawnego syna”. Jak zwykle znaleźli się nieufni, podejrzewający burmistrza Kraka i innych nawróconych na PiS samorządowców, że owo „nawrócenie” jest polityczne i wiąże się ze wzrostem wpływów PiS w naszym województwie, a za parę miesięcy wybory samorządowe… Znam wielu PIS – owców, którzy kilka lat temu po przegranych wyborach rejterowali do PSL i Platformy. Teraz będą wracać? Podobnego badziewia nabrała onegdaj Platforma. Oglądając wczoraj transmisję ze zwycięskiego sztabu elekta Komorowskiego, wyraźnie widać było chytre oczęta „młodzieży” szykującej się do skoku na posady i przywileje. PiS – owcy póki co ćwiczą się w cierpliwości, ale nadzieja ich również nie opuszcza… Kiedy zwróciłem uwagę jednemu z liderów PIS na ową „pełzającą kontrrewolucję” kadrową, usłyszałem, że „durniów można też wykorzystać”. I wygrać jeszcze jedne wybory dla Kryżego i Kaczmarka? Nie tędy droga! O Platformie „wykształconych” i „miłujących pokój” cinkciarzy długo by mówić, tylko po co, skoro TVN jest głośniejszy? Dopóki nie dostaną po głowach, nie zmądrzeją!

S.M.S

P.S. Spróbujmy w miejsce Kraka wstawić legendę demokratycznej opozycji Komorowskiego, w miejsce PSL – WSI, a otrzymamy tzw. III Rzeczpospolitą.

17.06.2010

Jaś i Małgosia

Pan Józef Szczepańczyk próbował już swoich sił jako radny, marszałek, poseł, śledczy, radca stanu, etc. Ostatnio zaś uparł się, aby zostać literatem i wydawcą. Właśnie dzisiaj listonosz obdarowywał nas najnowszym numerem jego osobistej gazetki „Wieści Świętokrzyskie”. Dominuje wyborczy wywiad z Pawlakiem ze znaną obietnicą przekształcenia Polski w drugą Kalifornię. Całość wywiadu jest równie mdła i bezmyślna jak owo wyborcze hasło. Nie warto się nad nim zatrzymywać. Tym bardziej, że wyborcy chyba ocenią go podobnie.

Prawdziwymi bohaterami gazetki są jednak radny Jaś i doktor Małgosia (to nie moje zdrobnienie – nie ośmieliłbym się).

Radny Jan z racji swojej tzw. niezależności uznany został przez autora za najbardziej prześladowaną postać w Bodzentynie (!) Ów radny ma różne zalety: ładnie się ubiera, swobodnie się porusza, nie opuści żadnej imprezy, ale posądzanie go o to, że miewa swoje własne zdanie jest mocno niesprawiedliwe! Bo w tym stwierdzeniu jest obelżywa sugestia, że radny Jan mógłby kiedykolwiek nie zgadzać się z burmistrzem Krakiem lub jakąkolwiek inną władzą. Radny Jan był zawsze zdyscyplinowany i posłuszny i w tym sensie sugestie pana Szczepańczyka są dla niego obraźliwe! No, chyba, że chodzi o inny typ niezależności, np. od średniowiecznego przesądu zwanego sumieniem lub oświeceniowego zabobonu zwanego rozumem?

Co zaś tyczy się męczeństwa radnego Jana, to przyznaję, że co prawda w mojej kronice użyłem sobie na nim kilka razy, ale nazywanie tej pieszczotliwej satyrycznej rózgi szykaną jest dziwacznym nieporozumieniem. Zwłaszcza, że radny Jan będąc władzą i z władzą sam, z własnej woli, prosi się o rózgę…

Doktor Małgosia od niedawna jest w Bodzentynie. Jako aktywistka PSL ściągnięta tu została z Kazimierzy Wielkiej (była tam lekarką Pogotowia Ratunkowego) z zamiarem objęcia kierownictwa gminnej służby zdrowia. Tak to u nas działa: nie wystarczy być specjalistą, trzeba jeszcze być członkiem (kinią) aby objąć urzędowy fotel. A władza dba o swoich. Pominąwszy pobory (prawie 10 tys. zł. miesięcznie), można też liczyć na mieszkanie i dotację na jego remont w wysokości 50 tys. zł. Dość już jednak tych rachunków, bo głowa rozboli, a po tym co napisałem mogą być problemy z receptą…

Wydaje się, że reklamowanie Pana Jasia i Pani Małgosi wiąże się z pewnymi wobec nich "powiatowymi planami "pana Szczepańczyka. Możliwe więc, że za kilka miesięcy awansują na Mistrza i Małgorzatę, co uchowaj Boże.

W swojej gazetce pan Szczepańczyk, śladem burmistrza Kraka, próbuje uwiesić się również u sutanny bodzentyńskiego Proboszcza. To stary sposób leniwych karierowiczów w życiu publicznym – uwiarygodniać się przestając z pracowitym i skutecznym, aby w ten sposób uszczknąć nieco z jego sukcesów.

Dość sensowne podsumowanie swojej gazetki i praktyki politycznej w ogóle, uczynił mimochodem sam autor Józef Szczepańczyk, pisząc na swoim blogu:

Czego to nie robi się, aby przypodobać się wyborcom ! A jak już się ma ich po swojej stronie, trzeba jakoś sprytnie ich okpić.

28.04.2010

Kieleckie „Echo dnia” opublikowało artykuł o możliwości odwołania przez bodzentyńską radę miejską burmistrza Kraka poprzez nieudzielanie mu absolutorium. Oczywisty nonsens, bo przed wyborami jest to prawnie niemożliwe. Nieudzielenie absolutorium byłoby tylko symbolicznym gestem, na jaki oczywiście ów burmistrz zasłużył sobie. Wie o tym każdy w miarę rozgarnięty człowiek, ale nie burmistrz. Swoim zwyczajem, robiąc z siebie ofiarę (nie musi się zresztą w tym zakresie szczególnie wysilać) uruchomił w swojej obronie urzędniczo – biznesową część elektoratu („odwołają mnie, a wy stracicie posady i przetargi”), prosząc go, aby stawił się na sesji (w domyśle: z widłami i toporami?). Już wyobrażam sobie dwoje bodzentyńskich rezunów - Jasia od kultury lub Małgosię od gospodarki jak okładają komisję rewizyjną motykami… Albo radnego Jana wagi ciężkiej jak młóci cepem wychudzonego Przewodniczącego rady. Nie to jednak w całej tej humorystycznej sprawie jest istotne. Interesujące jest to, że prawie nikt w Bodzentynie nie wierzy ustawie samorządowej o niemożliwości odwołania już w tym roku burmistrza. „No bo przecie w gazecie napisali!”. Kiedyś słowem objawionym dysponował ksiądz. Dzisiaj taką amboną jest gazeta lub telewizornia, notabene działające często na zamówienie pierwszego lepszego urzędniczyny…

16.01.2010

Prawie po każdym wpisie do tej kroniki rozlega się w Bodzentynie zgiełk. A to jakiś myśliwy nie mając w zasięgu oka mnie, strzela do swojej żony (dzięki Bogu był pijany i nie trafił w środek), a to jakaś nieznana mi nawet, a bogobojna katechetka wpada w histerię, ktoś inny znowu podbija teściowi oko…

Domyślam się o co chodzi: Burmistrz Krak wzywa radnego Zygadlewicza, włącza mu komputer (choć radny bliski jest ponoć opanowania tej sztuki) i pokazuje moje zapiski. –To o Tobie, a to o twojej sąsiadce, a to o mnie…. Robi mu wydruk, no i chłopina biegnie z nim zdyszany na rynek i powtarza rewelacje….

Przypuszczałem, że burmistrz Krak nie tylko potrafi liczyć, a ma w tym bogate doświadczenia (łożyska w kieleckiej „Iskrze” i oszczędności z przetargów), ale także czytać ze zrozumieniem. Czyżbym był w błędzie?

Przypuszczam, że następne posiedzenie rady miejskiej zamiast przez budżet, również zdominowane zostanie przez moją ułomną kronikę i rada przekształci się w kiepskie widowisko kabaretowe.

Powtarzam tedy raz jeszcze to, co piszę we wstępie do tej kroniki i w taki sposób, żeby nawet burmistrz Krak i radny Zygadlewicz zrozumieli:

Łysiców – to abstrakcyjna, a więc nieistniejąca miejscowość, łącząca w sobie wydarzenia i przypadłości wielu gmin, np. Nowej Słupi, Pawłowa, Suchedniowa, Skarżyska, itd. Bodzentyna być może również, w jakimś stopniu. Również osoby tu występujące są wymyślone i łączą w sobie cechy osobowe wielu ludzi, zwykle uwikłanych w tzw. działalność samorządową, ale nie tylko. Obawiam się, że znowu wyjdzie na to, że „mówił dziad do obrazu…”. Chociaż może to i dobrze, bo owe histeryczne reakcje potwierdzają sens takiej fabuły?

Pan radny Janek przekonał mnie, że Bodzentyn nie zasługuje na uprawianą przeze mnie antyreklamę. I jego władze, i upodobania ludzi niczym szczególnym nie różnią się tu przecież od innych lokalnych środowisk. Suchedniów, Wąchock, czy Kielce waniajut podobnie… A więc od dzisiaj moja kronika będzie bardziej uniwersalna, bo punktująca absurdy wielu lokalnych środowisk uśrednionych pod wspólnym szyldem Łysicowa. Jeżeli zauważycie Państwo podobieństwo do jakichkolwiek realnych miejscowości, osób i wydarzeń – będzie to wyłącznie zbieżność przypadkowa …

14.01.2010

Lysiców, a jakże, również ma swoich regionalistów – miłośników i przyjaciół. Zastanawiam się, dlaczego nie „kolegów”, a przecież taka nazwa byłaby prawdziwsza - Stowarzyszenie Kolegów Łysicowa? Miłośnik lub przyjaciel – to bowiem ktoś, kto przede wszystkim daje, a kolega, to ktoś kto zwykle udaje, że daje, aby wziąć…

Ci, pożal się Boże, tzw. regionaliści może i dają – nieszczere uśmiechy (o bardziej spektakularnych wdziękach nie mówiąc), oczywiście tym, którzy mogą zapłacić – posadą, dotacją, albo przynajmniej pochwałą (a to też inwestycja).

Skoro o handlu wymiennym mowa, warto przytoczyć parafrazę pewnego przedwojennego wierszyka, chyba któregoś ze Skamandrytów:

Co tam w gminnym pegeerze?

-Jedno daje – drugie bierze.

Jaśniej proszę – pan dobrodziej?

-Jedno k…, drugie złodziej.

13.01.2010

Wydaje się, że z pewnym opóźnieniem narkotyki trafiły już niestety pod łysicowskie strzechy. Mazepa gimnastykuje się nad ponownym wyborem, dyrektorzy szkół liczą pieniądze i dyplomowanych nauczycieli, nauczyciele zbierają kwity potrzebne im do awansu zawodowego (czyli 200 zł. dodatku), radni wydzierają sobie w budżecie kostkę brukową na chodniki, katechetka już szuka w sieci scenariusza kolejnych świątecznych jasełek, rodzice tyrają w Saksonii na korepetycje dla córeczki, a ta jest już prawie w objęciach odlotowej śmierci… Przerażający scenariusz, ale wcale nie z programów telewizyjnych. Niestety, już spod strzechy… Najważniejsza jest jednak cisza i dyskrecja - nie ma tematu - nie ma problemu...

12.01.2010

PSL-owcy chełpią się, że bardzo dobrze wypadają w wyborach samorządowych, bo sporo jest w ich szeregach powszechnie rozpoznawalnych lokalnych autorytetów. Pominąwszy określenie „autorytet”, zgadzam się. W okresie PRL szczególnie tłamszona przez komunistów wieś ukryła się w zaciszu własnych opłotków. Wszystko, co było na wsi prawe i szlachetne trzymało się z daleka od partii, jej chłopskiej przybudówki lub ORMO. Kwitło życie sąsiedzkie, słuchano zachodniego radia i … unikano władzy. Na tym właśnie polegało owo zamknięcie we własnych opłotkach. Jak w każdym innym środowisku i tu zdarzały się jednak społeczne szumowiny, spełniające rolę jednostronnego i zaprzedanego pomostu miedzy władzą, a społeczeństwem lub po prostu donosicieli. Ogół dystansował się wobec nich, ale moralnie ich raczej nie wykluczył. Z czasem szumowiny te obrosły w pióra, awansowały, wykształciły dzieci, stały się „elytą” (jeśli oczywiście nie popadły w alkoholizm). Oto i uproszczona geneza owych lokalnych „autorytetów”.

Po 1989 r. jako jedyni na wsi potrafili więc i „przemawiać”, i mieli pieniądze na działalność publiczną, odziedziczone po PZPR i ZSL. Panoszyli się tedy dalej i wciągali w swoją pajęczynę młodych zaradnych, deprawując ich jednocześnie swoją bandycką wersją polityki. Znam młodych, którzy się oparli, ale najczęściej opuszczali przeżarte układami mafijnymi lokalne środowiska albo ugrzęźli w bagnie. Przywołam znowu przykład Mazepy. Młody, gniewny, ambitny i (jako zakompleksiony) trochę chory na władzę, uwiedziony został przez doświadczonego już „działalnością” w komitetach Pociupańczyka i z jednej strony zrobił jakieś pieniądze i tzw. karierę, ale poszedł też po równi pochyłej… Takich zdeprawowanych przez polityczne mafie (przykład czerwonych okazał się zaraźliwy i dzisiaj już prawie wszyscy ich naśladują) jest wielu.

Zmiany są możliwe pod warunkiem, że ci zdolniejsi i ambitniejsi młodzi nie opuszczą w całości Łysicowa, no i że będzie im się jeszcze cokolwiek chciało poza używkami…

W środowiskach lokalnych (i chyba nie tylko) dyskutuje się zwykle o ekonomii, inwestycjach, dyplomach, itd. Gdyby jednak różne Pociupańczyki, Mazepy, Zyhadły, Pawlaki, Pałysy i im podobni wiedzieli jakie spustoszenie społeczne poczynili we własnych środowiskach, odstawiliby miotły i poszli na klęczkach na Święty Krzyż.

8.01.2009

W ogólnopolskich programach publicystycznych występują zwykle dyżurni oratorzy z poszczególnych partii. Oczywiście, są oni należycie dobrani (choć z pustego i Kalisz z Kłopotkiem nie naleją), dlatego jakiś poziom intelektualny wypowiedzi jest tam zachowany… Charakterystyczny poziom tzw. dyskursu politycznego, czyli ogólna kondycja intelektualna polskiej klasy politycznej, widoczna jest dopiero w programach lokalnych lub na bezpośrednich spotkaniach z wyborcami. W kieleckim radiu publicznym role politycznych gwiazd grają trybuni tutejszych struktur partyjnych. Niejaki Mirosław Pawlak z PSL duka swoją kwestię niczym nieoceniony Janusz Gajos w rolach bohaterów Gogola. Sprawniejszy nieco Pałys, oczytany w popularnych popołudniówkach, przynajmniej zda się rozumieć odtwarzaną rolę. Na porównywalnym do niego poziomie plasuje się Milcarz z SLD. Obu łączy zresztą biznes, a więc praktyczne podejście do rzeczywistości. To połączone jednak z ideologiczną papką partyjną daje w efekcie komiczny produkt – Adama Smitha w siermiężnej koszuli plebejusza… Platformę reprezentuje zwykle jej komisaryczna szefowa – pani Okła – Drewnowicz. Dziewczę tyleż pracowite i ambitne, co naiwne. Przynajmniej jednak potrafi mówić, a że zwykle bez sensu…? Ten przyjdzie z wiekiem. PiS obecny jest poprzez osobliwy pojazd pancerny tego ugrupowania, czyli Przemysława Gosiewskiego. Schowany za owym pancerzem wydaje się pewny siebie i zdecydowany. Również nie potrafi mówić i jest powierzchowny jak wspomniana wyżej Panienka z Platformy. Przeciętny odbiorca nie zwraca wszakże uwagi na ów oratorski defekt, a daje się uwieźć demonstrowanej pewności siebie tego polityka. "Wie czego chce".

powered by QuatroCMS